|
Wpisany przez Administrator
|
|
Poniedziałek, 28 Wrzesień 2009 20:04 |
Było to na lipcowym albo sierpniowym turnusie w Tałtach, może w 1973 lub 1974 roku. Razem z dwoma kolegami prowadziłam (już tradycyjnie) szkolenie na stopień żeglarza jachtowego. W trzecim tygodniu obozu dwoma berylami i jedną omegą wypłynęliśmy w rejs na Mamry. Dnie były upalne, wiatry słabe. Mimo tego na trzeci nocleg dopłynęliśmy do ujścia Węgorapy. Następnego dnia, mozolnie pagajując, dotarliśmy do Węgorzewa. Poleciłam młodzieży dokonać uzupełniających zapasy zakupów, w tym 20 bochenków chleba. Ociekając potem zaopatrzeniowcy przydźwigali, ale tylko 10 chlebów. Stwierdzili, że jeżeli w ciągu trzech ubiegłych dni zjedli tylko 15 bochenków, to na dwa następne dni, zanim dotrzemy do Giżycka, starczy 10. Niby logicznie. Moje argumenty o nadchodzących zimnych dniach nie skutkowały. Grupa obiecała, że nie będzie narzekać jeżeli zabraknie chleba. Wróciliśmy do obozowiska. Rano zwijanie namiotów, sprzątanie, „żagle staw” i dalsza żegluga. Problem – od razu do Giżycka czy zapłynąć na Jezioro Dobskie?
|
|
Zmieniony: Poniedziałek, 28 Wrzesień 2009 20:11 |
|
Więcej…
|